13 grudnia i co dalej?

13 grudnia 1981 r. Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, na czele z gen. Wojciechem Jaruzelskim, wprowadziła w Polsce stan wojenny. Tego dnia złamano nadzieje milionów Polaków i na wiele lat odsunięto szansę na demokratyczne przemiany. Stan wojenny przyniósł tysiącom osób i ich rodzinom wielkie cierpienie – izolację w obozach internowania, uwięzienie, pozbawienie pracy, inne represje, zaś dziesiątki niewinnych straciły życie. Już 12 grudnia wieczorem w ramach akcji krypt. „Jodła” rozpoczęła się akcja internowań osób postrzeganych przez władze jako potencjalne zagrożenie dla ustroju. Zatrzymań, wedle wcześniej przygotowanych list, dokonywali funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej oraz Służby Bezpieczeństwa. Wśród zatrzymanych znaleźli się nie tylko członkowie „Solidarności”. W czasie stanu wojennego internowano ponad 10 tys. osób, w tym niektóre więcej niż raz. 14 grudnia W wielu zakładach pracy rozpoczęły się strajki okupacyjne oraz akcje protestacyjne. Według oficjalnych informacji MSW w grudniu 1981 roku strajki i protesty zorganizowano, wedle niepełnych danych, w 199 zakładach pracy w kraju. Regionalne Komitety Strajkowe powstały w Gdańsku, Wrocławiu, Białymstoku i Świdniku. W stolicy tylko w największych zakładach przemysłowych odnotowano słabe strajki i protesty. Zakończyły się one do nocy z 15/16 grudnia. Znaczący wpływ na taki rezultat miały także drakońskie przepisy stanu wojennego.

Decyzją Gdańska i naszego Regionu Mazowsze było, że zakłady przemysłu spożywczego nie muszą uczestniczyć w strajkach. Natomiast we wszystkich pogotowiach strajkowych uczestniczyliśmy. Czyli zakład był przygotowany do strajku i oflagowany. Została spisana umowa z dyrekcją odnośnie ujęć energetycznych (gaz, energia elektryczna, ścieki), obstawa bram wjazdowych. Przygotowane były dyżury, dyrekcja też musiała mieć dyżury. Byliśmy już umówieni z Dyrektorem Karbowniczkiem, że będziemy długo w fabryce, ale na samą noc pójdziemy do domu, czyli nie było to tak ściśle pilnowane jak w innych zakładach. Pamiętam rozmowę z Dyrektorem Karbowniczkiem, który pyta mnie się czy mam przygotowany śpiwór. Mówię, że nie, może wezmę koce. Ja będę miał śpiwór odpowiada mi Karbowniczek. Ale, po co Panie Sławku mamy nocować w zakładzie? Mamy ludzi na portierni, czynne są telefony, mamy kierowców i samochody w razie czego to się szybko porozumiemy. Ja wtedy zadzwoniłem do Wujca, który był najbliżej z naszą Komisją i doszliśmy do porozumienia, że skoro nasz zakład jest w większości kobiecy i żywnościowy to możemy przyjąć taką drogę pogotowia strajkowego. Ja miałem wtedy prawie 60 lat na karku, a reszta Komisji Zakładowej to młodzież, a w nich to się wtedy aż krew gotowała. Oni zawsze do mnie mówili Panie Przewodniczący, ale my chcemy strajkować, dowalmy komuchom. Pamiętam, że wśród tych pogotowi strajkowych, jeden strajk jednak zorganizowaliśmy. Kiedy przystępowaliśmy do strajku, to była decyzja, że produkcja na dany dzień musi być wykonana. Największy kłopot wystąpił na dziale chałwy. Do chałwy potrzeba było nagotować cały kocioł masy karmelowej. Albo gotujemy albo nie, po wielu dyskusjach chałwiarze wykonali cały plan i przystąpili do strajku razem z innymi.
Tak jak wspominałem wcześniej, ja byłem w takim wieku, że trudno mi było porozumieć się z młodzieżą, która aż kipiała i garnęła się do wszystkich protestów, które pojawiły się w Polsce. Pamiętam, że w budynku mieszkalnym nr 26 mieszkała rodzina Kacaków. Byli to starzy pracownicy Wedla, którzy byli członkami PPS-u. W momencie, kiedy ogłoszono połączenie PPR i PPS jako PZPR, powstał wśród załogi Wedla podział i dylemat, czy zapisać się do PZPR czy nie, ale większość z PPS nie zapisała się wtedy do nowo powstałej partii. W tej całej fali strajkowej siedzą emeryci przed budynkiem mieszkalnym nr 26 w kucki, a ja rano podążam do pracy. Panie inżynierze tylko nie róbcie strajków wołają do mnie, bo my się na strajki nie zgadzamy. Ja zacząłem tłumaczyć im, że nad nami jest Gdańsk, jest Mazowsze, a nie ministerstwo lub zjednoczenie. Jak oni powiedzą strajk to będziemy strajkować. I tak z nimi dyskutuję przed wejściem do pracy. Ale dlaczego wspomniałem tą rodzinę, bo w pewnym momencie z tej rzeszy emerytów padły słowa, – Ale Kacakowie na to się nie zgadzają. To było w tej sytuacji bardzo zabawne zdarzenie, które mi utkwiło w pamięci. Brakuje w moim życiorysie internowania i dotąd nie wiem, dlaczego? Wtedy istniała taka struktura działalności Solidarności, że wszyscy działacze z Grochowa tworzyli coś w rodzaju koła terenowego i nagle okazuje się, że SB aresztuje po kolei wszystkich Przewodniczących. Dochodzą do mnie informacje o uwięzieniu na Białołęce moich kolegów z zakładów Praskich, a do mnie nawet nie zapukali. Pamiętam jak przed samym ogłoszeniem stanu wojennego, przyjechał z niespodziewaną wizytą do Wedla Generał Jaruzelski ze swoją świtą. Istniał wtedy w Polsce tak zwany handel wymienny. To znaczy my jako zakład mieliśmy słodycze, inni buty, alkohol itp.
Dyrekcja razem ze związkami zawodowymi załatwiała za dobra produkowane u nas, rzeczy niedostępne dla nas. Problem pojawiał się wtedy, gdy Dyrekcja załatwiała coś, ale nie dla wszystkich, tylko dla wybranych.
Wtedy my jako Solidarność mocno protestowaliśmy przeciwko takiemu załatwianiu sprawy. W końcu listopada wjeżdża na teren zakładu wojskowa nysa z Jaruzelskim i jego świtą. Miedzy innymi znajduje się w niej ówczesny Prezydent Warszawy Majewski. Zbieram szybko Zarząd Komisji Solidarność, czyli Ja, Sypniewski, Gulbicki, Kamiński i zastanawiamy się, co robić. Wizyta Jaruzelskiego jest niezapowiedziana i nas nikt nie poinformował o jego obecności. On nie jest naszym gościem, ale domyślamy się, że będą chcieli abyśmy byli obecni podczas tej wizyty. Zapada decyzja, że nie uczestniczymy w tej imprezie. W pewnym momencie przysyła Dyrektor Karbowniczek umyślnego z poleceniem abym dołączył do gościa. Poprosiłem o poczekanie na odpowiedź i jeszcze raz zaczęliśmy się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Jak Karbowniczek sobie życzy, to niech Pan idzie, zapada decyzja Komisji Zakładowej. Dołączam do świty Jaruzelskiego na czekoladzie twardej i zwiedzam z nim zakład do końca. Po zakończeniu zebrano nas w sali pamięci za gabinetem Dyrektora. Myślę sobie, jeżeli mnie dopuszczą do głosu to ja poruszę sprawę tego handlu wymiennego. Siedzę i słucham, jako przedstawiciel Solidarności jestem dla nich mało interesujący. Próbuję zgłosić się do pytania, ale jestem ignorowany. Ale Jaruzelski katem oka zauważył, że próbowałem zadać pytanie i mówi, że teraz chciałby zabrać głos szef Solidarności i proszę go dopuścić do dyskusji. Poruszyłem wtedy sprawę tego handlu wymiennego i niesprawiedliwości społecznej, bo co maja na przykład wymieniać pracownicy ZUS, pieczątki, papiery.

Jak wspominałem nie wiem do dzisiaj, dlaczego nigdy nie byłem internowany, czy aresztowany? Może zadecydowało o tym to, że uczestniczyłem w tej wizycie Jaruzelskiego, jako Przewodniczący Solidarności.

Rozmowę z Panem Sławomirem przeprowadziłem w 2010 roku. Nie sadziłem wówczas, że będzie to ostatnie spotkanie z Nim i że dokończenie historii wedlowskiej solidarności, zakończę na tym etapie. Podczas rozmowy dało się wyczuć wielki zawód i stracone nadzieje, jakie  były związane z ówczesnym wybuchem społecznym. Dużo spraw zostało przerwanych poprzez wprowadzenie stanu wojennego. Nie udało Mi się dokończyć wspomnień o stanie wojennym i dalszym okresie. Pewnym jest że w związku z prowadzoną działalnością, Pan Sławomir musiał opuścić nasz zakład. Ale rozmowy o tym okresie chciałbym kontynuować z innymi działaczami tamtego okresu. Nie ma już wśród nas Sławomira Wyczańskiego, Józefa Forysia, Andrzeja Kamińskiego czy Marka Wytrykowskiego. Ale pośród założycieli naszej organizacji jeszcze paru zostało, którzy będą w stanie kontynuować wątek który rozpocząłem z Panem Sławomirem. Udało mi się skontaktować z Henrykiem Sypniewskim i Waldemarem Wyżykowskim. Patrząc i podsumowując tamten okres, to Generał Jaruzelski do rozprawy z opozycją, wysłał blisko 100 tys. żołnierzy i milicjantów. Gdy Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego wprowadzała w Polsce stan wojenny, nie sądziła, że rozprawa z opozycją pójdzie władzy jak z płatka. W ramach akcji „Jodła” zatrzymano i umieszczono w odosobnieniu osoby „groźne dla bezpieczeństwa państwa”.  Z 12 na 13 grudnia zamilkły telefony. Do 451 obiektów, wkroczyły oddziały, sformowane z 700 funkcjonariuszy MO i SB, 3 tys. WOP, oraz 1200 żołnierzy oddelegowanych z jednostek wojskowych. ORMO-wców i emerytów z resortu MSW, zgrupowano w oddziały samoobrony oraz rozdano ostrą broń. Do akcji wkroczyło również ponad 8 tys. komisarzy wojskowych, którzy mieli w zakładach wprowadzać nowe porządki.  Przecież komuniści cały czas spodziewali się zbrojnego oporu. Propaganda karmiła Polaków wiadomościami o składach broni w siedzibach Solidarności i szkoleniach z zakresu walk ulicznych. Partia była bardzo zawiedzona faktem, że liczący blisko 10 mln związek, dał się tak łatwo spacyfikować. Pamiętamy przecież, że kraj odizolowano od świata. Jak za czasów okupacyjnych wprowadzono godzinę milicyjną. Jednak dla komunistów kłopoty zaczęły się, gdy ZOMO otworzyło ogień do strajkujących w kopalni Manifest Lipcowy oraz kopalni Wujek, gdzie zginęło dziewięciu górników. Świat uzyskał informacje o tych zdarzeniach, jak i o najdłuższym proteście który miał miejsce w kopalni Piast. Prawie tysiąc górników zabarykadowało się na dole, aż do 18 grudnia. Po pierwszym szoku już 16 grudnia wyszła na ulice Gdańska manifestacja w której wzięło udział blisko 100 tys. ludzi. Brutalne starcia z ZOMO-wcami trwały tam aż do następnego dnia. Milicja postrzeliła kilka osób w konsekwencji poniesionych ran, jedna z nich zmarła. Jednak komuniści nie przewidzieli, że demonstracje, będą stałym obrazkiem polskich ulic. Odbywały się zwykle 13. dnia każdego miesiąca oraz w święta narodowe. Stosunkowo szybko powstały podziemne struktury Solidarności. Ogólnopolski Komitet Oporu ukonstytuował się 13 grudnia 1982 roku. Istniał do kwietnia, kiedy powstała Tymczasowa Komisja Koordynująca, sprawująca nadzór nad działalnością regionalnych struktur zdelegalizowanej Solidarności. W pierwszych oświadczeniach TKK zażądała zwolnienia wszystkich internowanych. Podziemna prasa po 13 grudnia stała się wręcz fenomenem na skalę światową. Do 1989 r. istniało w Polsce blisko 5 tys. niezależnych wydawnictw reprezentujących różne opcje i kierunki polityczne. Polacy wyrażali niechęć do władzy poprzez uczestnictwo w manifestacjach, w mszach za ojczyznę i czytaniem bibuły. Istniały także bardziej radykalne grupy o zdecydowanie antykomunistycznym charakterze. Największa to Solidarność Walcząca, której przewodził Kornel Morawiecki. SW prowadziła także działania wywiadowcze przeciw Służbie Bezpieczeństwa, wspomagała antykomunistyczne grupy w Związku Radzieckim, a także jako jedyna podziemna organizacja w Polsce, nadawała co tydzień własną audycję radiową. Inną organizacją eksternistyczną była powstała jesienią 1984 warszawska Federacja Młodzieży Walczącej. FMW działała w środowisku akademickim, a akcje organizowała często wraz z legendarnymi Grupami Oporu Solidarni Teodora Klincewicza. GOS wsławiły się regularnymi akcjami ulotkowymi, plakatowymi i nagłaśniającymi. Dość powiedzieć, że GOS przeprowadzała akcje zasmradzania substancjami chemicznymi instytucji publicznych (m.in. Teatru Syrena) oraz mieszkań „kolaborantów”. Przyczyniła się do niszczenia samochodów podejrzanych o donosicielstwo. GOS zajmowała się też ochronę manifestacji, gromadząc butelki z benzyną, materiały pirotechniczne, kolce do przebijania opon samochodowych, a nawet, jak podaje niesprawdzona do dziś wieść, broń. Największy rozgłos GOS zyskały instalowaniem tzw. gaduł, czyli urządzeń nagłaśniających. To właśnie za pomocą gaduł trzykrotnie emitowano audycję na teren aresztu śledczego Warszawa-Mokotów. Większość specjalistów na ogół jest zgodna, że polskie podziemie nie miało charakteru ekstremistycznego. Jednak niektórzy zarzucają członkom GOS chęć uprawiania terroru. Utworzona przez sejm kontraktowy w 1989 r. Komisja Nadzwyczajna do Zbadania działalności MSW stwierdziła, że po 13 grudnia w niewyjaśnionych okolicznościach zginęło 122 działaczy opozycji. W latach 1981-1982 komuniści przetrzymywali w obozach internowania 9736 działaczy podziemia, w tym 133 kobiet. Dochodziło do aktów psychicznego i fizycznego znęcania się nad aresztowanymi. Najgłośniejszym mordem lat 80 było zabójstwo księdza Jerzego Popiełuszki, którego dokonali oficerowie MSW jesienią 1894 W wydawnictwach podziemnych tamtego czasu próżno szukać jednak haseł odwetowych.

Solidarność walcząca, to  szereg legend, które do dziś krążą między uczestnikami ówczesnych wydarzeń. W ich opowieściach roi się od akcji, które radowały serce każdego antykomunisty. Tajemnicza grupa Zadyma ’87 z Wybrzeża, miała nawoływać do rozbrajania żołnierzy, funkcjonariuszy milicji i ZOMO w myśl zasady „uderzaj pierwszy”. Podobno grupa Robotnicza Solidarność z Nowej Huty na wypadek powstania, gromadziła koktajle Mołotowa i zaostrzone łomy. Konspiratorzy z Warszawy, mieli zrobić  podkop pod willę Jaruzelskiego w celu jej wysadzenia.  Bombiarze z Lubina mieli atakować ładunkami wybuchowymi mieszkania ORMO-wców i członków tamtejszego PZPR. Przy Lubińskiej grupie bombiarzy warto się na chwilę zatrzymać. Według świadectw chodzi o kilka  grup w większości związanych z podziemną Solidarnością z KGHM, które w 1982 r. przeprowadzały akcje protestacyjne przeciw komunistom, używając ładunków wybuchowych. Dnia 17 września 1982 r. eksplodował m.in. ładunek w pobliżu stołówki ZOMO w Lubinie. Potem ładunki wybuchały pod drzwiami konfidentów SB. Świadczyłoby to, że w tych legendach tkwi jednak ziarno prawdy. Czym jednak może skończyć się działanie zbyt gorących głów, niech świadczy najgłośniejsze zabójstwo stanu wojennego.  Dnia 18 lutego 1982 r. młodociani członkowie efemerycznych Sił Zbrojnych Polski Podziemnej, zabili sierżanta MO Zdzisław Karos, który nie dał się rozbroić napastnikom. Pointa tej tragicznej historii jest wielce pouczająca i bardzo dużo mówi o ówczesnych nastrojach. Opiekunem samozwańczych bojowców był ksiądz Sylwester Zych, który został oskarżony o „próbę obalenia siłą ustroju PRL i przynależność do organizacji zbrojnej”. Po pokazowym procesie skazany został na sześć lat. Z więzienia wyszedł w 1986 r., a trzy lata później znaleziono go martwego w Krynicy Morskiej, prawdopodobnie zamordowanego przez katów z SB. Opowieść w sam raz dla tych, którym opozycja po 13 grudnia wydaje się po latach zbyt miękka i przewidywalna.

 

 

Related posts